Tykający zegar

Dzisiaj krótka historia o tym, jak świat potrafi zatrzymać się na rzeczach, które z pozoru są błahe, a urastają do rangi najważniejszych w życiu.

Mam taką znajomą co swojego czasu bardzo kłopotała się kwestiami zdrowotnymi. Aby nie tworzyć dramatów, już na samym początku dodam, że historia ma pomyślne zakończenie, ale…

Któregoś dnia dowiedziała się, że ma guza na piersi, który wymaga usunięcia. Zanim lekarz zdążył powiedzieć, że kwestia jest – powiedzmy – rutynowa, życie stanęło jej przed oczami. Kiedy opowiada o tym, co wtedy przeżywała w gabinecie lekarskim, zawsze powtarza że niewiele z tej wizyty pamięta. Jakby myślami była zupełnie gdzieś indziej. Jej świat się wtedy zatrzymał…

Dzisiaj owa znajoma jest zdrową babką, jedną z najsilniejszych kobiet, jakie znam na świecie i jeśli czyta ten post – a wiem że czasami tu wpada – to niech się do mnie uśmiechnie w myślach. Silna, bo jej doświadczenia, różne dziwne przypadki, jakie ją w życiu spotkały, spowodowały że nabrała nie tylko sporo mądrości życiowej, ale nauczyła się inspirować nią innych. A w dzisiejszych czasach zdarza się to niezwykle rzadko, że ludzie uczą się na własnych historiach i błędach.

Owa znajoma pracowała kiedyś ze mną, w sprzedaży i podobnie jak ja, trudziła się codziennym kontaktem z klientem. Rzeczy niemożliwe załatwiała od ręki, a cuda zajmowały jej trochę więcej czasu.

Jeden z jej klientów chciał zakupić zegary, jako wyposażenie gabinetów lekarskich. Zegary miały być wypasione, z logo klienta. Miały błyszczeć tarczami na białych ścianach gabinetów… onkologicznych. Nie muszę dodawać, że już od samego początku motyw wydawał się, jak na złość, totalnie dopasowany do jej życiowej historii. Jednak umówmy się – czasami tematów po prostu się nie wybiera.

Jako, że człowiek uczy się całe życie, przy okazji zegarowych wątków dowiedziałyśmy się, że zegary droższe posiadają mechanizm, którego nie słychać.

Teraz zerknijcie na wszystkie swoje zegary w domach i przestańcie się oszukiwać. Wszyscy mamy tę samą, tanią chińszczyznę, bo wszystkie te nasze zegary zwyczajnie tykają. I o ile w ciągu dnia kompletnie mi to nie przeszkadza, o tyle w nocy potrafię zapłonąć.

Ale do brzegu… Klient, jak to bywa z klientami, chciał zaoszczędzić i mimo uwag koleżanki, że może by jednak wziąć te droższe zegary, zdecydował się na model tańszy, z mechanizmem tykającym jak ruski budzik. Transakcja zamknięta, towar wydany, zamykamy sprawę. Niestety tylko do czasu…

Bo koniec końców, ten zegar przeszkadzał, ale nie pacjentom. Zegar przeszkadzał klientowi, który uważał że jak pacjent dowiaduje się, że ma guza to niekoniecznie chce słyszeć tykanie zegara, na którym widnieje reklama leku, jaki będzie musiał zażywać. Na co koleżanka szybko zareagowała, odpowiadając że jak pacjent dowiaduje się, że ma guza to ostatnie o czym pamięta to tykanie zegara.

I tak się zastanawiam… Czy ludzie, którym nagle świat się zatrzymuje, w obliczu nieprzewidzianych zdarzeń, zajmują sobie głowę niuansami? Czy na codzień borykając się z różnymi problemami, przywiązujemy uwagę do błahostek? Czy zauważamy, że trawa pożółkła, a rowerzysta zadzwonił dzwonkiem głośniej niż zwykle? Czy raczej staramy się skupić na sobie, na rozwiązaniu swojego problemu?

W końcu czy usłyszelibyśmy tykający zegar i zatrzymalibyśmy dla niego świat, bo zbyt głośno tyka? Do przemyślenia.

Dodaj komentarz