Wyjdźmy ze strefy komfortu!

Choć mówi się, że zmiany w życiu są potrzebne, to zmiana budzi w nas pewien niepokój i lęk. Każdy z nas lubi się czuć bezpiecznie. Mamy swoją strefę komfortu, bufor bezpieczeństwa, dzięki któremu czujemy spokój. Okazuje się jednak, że to co jest najbardziej ekscytujące, co dostarcza nam wrażeń, znajduje się właśnie po za strefą równowagi i harmonii.

Lubimy swoje rutynowe czynności. Po całym tygodniu pracy, gonitwy oczekujemy weekendu, który da nam poczucie ładu i składu. Jeśli jednak ciągle gramy w obrębie swojej bezpiecznej strefy, nie rozwijamy się i stoimy w miejscu.

Dzisiaj namawiam Was do robienia rzeczy, które powodują że jest Wam trochę niewygodnie. W efekcie końcowym poczujecie się jednak całkiem przyjemnie, bo choć wychodzenie ze strefy komfortu bywa trudne, dostarcza wielu pozytywnych emocji.

Załóżmy, że pracujecie w jednym miejscu 5 lat. Macie świetnego szefa, stałą i dobrze płatną pracę, zgrany zespół. Po jakimś czasie odczuwacie, że osiągnęliście już wszystko. Dążyliście do stabilizacji i w końcu ją odczuwacie. Uruchamiacie tryb autopilota i działacie swoim standardowym, codziennym rytmem bez wyzwań.

Jednak wszystko się zmienia, a zmiana to zaraz po śmierci, druga pewna rzecz w naszym życiu. Zmieniła się koniunktura na rynku? Szef ogranicza personel? Nie odświeżaliście swojego CV od lat? Boicie się, że zaraz wylądujecie na bruku?

Wychodzenie ze strefy komfortu i przyzwyczajanie się do zmian to najlepszy sposób na kolejne, życiowe zmiany. Działając rutynowo nigdy nie będziemy gotowi na nadejście czegoś nowego, tym bardziej z zaskoczenia. Komfort zabija naszą kreatywność i wyłącza czujność. Przestajemy być produktywni i działamy w trybie uśpienia. Żyjemy w sferze przewidywalności i rutyny, a świat nie stoi w miejscu i tylko czeka aby wrzucić nas na głębokie wody.

W 2015 roku zaczęłam myśleć o założeniu bloga. Miałam sporo tekstów, którymi mogłam zasypać internet. Wyjście na światło dzienne zajęło mi prawie dwa lata. Dwa lata oswajania się z myślą, że ktoś przeczyta coś, co nagryzmoliłam w domowym zaciszu. Dwa lata zastanawiania się czy aby na pewno kogoś swoim tekstem nie urażę, nie sprowokuję. Był to trud, którego wcale nie musiałam brać za rogi, do którego nikt mnie nie namawiał. Przecież nadal mogłam pisać do szuflady i nie wychylać nosa zza biurka. Łatwiej byłoby czytać swoje teksty do poduszki. Nie naraziłabym się przecież samej sobie na niesprawiedliwą ocenę czy kpinę. Jednak się przełamałam. A czy było warto?

Pewnie! Bo moje wyjście ze strefy komfortu pokazało mi, że odkrywam potencjał, którego się nie spodziewałam. Zyskałam większą pewność siebie, która przekłada się na całe, moje życie. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują a najtrudniejsze jest po prostu zapoczątkowanie etapu zmian.

W życiu nie musi być tylko nudno i przewidywalnie. Lepiej eksploruje się świat, kiedy przestajemy powtarzać te same czynności. Życie zaczyna być ciekawsze i bardziej ekscytujące. Dlatego już dzisiaj możemy zacząć je przekształcać. Nie namawiam Was do zmiany miejsca zamieszkania z dnia na dzień, ale codzienna praktyka małych wyzwań, które z pozoru są dla nas niewygodne, może okazać się zbawienna. Wstydzisz się zagadać do dziewczyny, która Ci się podoba? Zacznij od niewinnego uśmiechu podczas spaceru, przypadkowo napotkanej osobie. Pojedź inną trasą do pracy i załóż bluzkę w kolorze, którego nigdy nie nosiłeś. Nie trzeba dokonywać rewolucji aby zapoczątkować zmiany.

Prawdziwe czary mary znajdują się poza strefą naszego komfortu. Sprawdźcie koniecznie! Polecam!

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj. Mark Twain

 

Jakie macie sposoby na to, aby łatwiej wychodzić ze strefy komfortu? Co Wam to ułatwia? Podzielcie się spostrzeżeniami w komentarzach.

17 komentarzy

  1. Małgosia_pinkplanning.pl

    15 lutego 2018 at 22:17

    Z jednym nie mogę się zgodzić. Pozostawanie w strefie komfortu wcale nie zabija produktywności.

    Mózg lubi to co zna, bo to pozwala mu oszczędzać energię (mniej procesuje), podczas gdy nowość wymaga więcej uwagi i więcej procesów poznawczych, wymaga wysiłku, energii – tego mózg nie lubi, więc unika.
    Kiedy mózg jest w tym co zna, to w ramach oszczędności może działać automatycznie, a automatyzmy zwiększają produktywność.

    Zatem nie ma tu mowy o mniejszej produktywności. Jednocześnie oczywiście brak zmian nie powoduje zwiększenia produktywności:)

    1. Dziewczyna z agencji

      16 lutego 2018 at 12:42

      Małgosiu nie śmiem tu polemizować z Twoją psychologiczną wiedzą. Miałam tu bardziej na myśli stan uśpienia, a on nie jest dobry ani dla produktywności, anie kreatywności ani niczego 😉 dzięki za komentarz!

  2. Paulina Gaworska

    15 lutego 2018 at 14:28

    Słowa Marka Twaina są mi bardzo bliskie, biorę je sobie głęboko do serca 🙂 Wychodzenie ze swojej bezpiecznej strefy to ryzyko, ale warte podjęcia. Ja uwielbiam zmiany, mam ich dużą potrzebę, mimo strachu jaki generują. Powodzenia w dalszym rozwoju 🙂

    1. Dziewczyna z agencji

      15 lutego 2018 at 16:05

      Dziękuję i również życzę powodzenia! 🙂

  3. Justyna

    15 lutego 2018 at 13:12

    Najważniejsze jest poznawanie nowych rzeczy, podejmowanie wyzwań bo później można żałować

  4. Zielona Karuzela

    15 lutego 2018 at 11:56

    Faktycznie warto próbować nowych rzeczy – pomagają nam się rozwijać i odkrywać nasze możliwości. Staram, się do tego trochę zmuszać, niestety z rożnym efektem

  5. Spiaca krolewna

    12 lutego 2018 at 11:18

    Przyznam szczerze, że ja zdecydowanie rzadko wychodzę ze swojej strefy komfortu, bowiem niezwykle rzadko się za nią chowam. Po prostu, nie pierdolę się za bardzo z życiem i uwielbiam spontany. Lubię wyzwania, branie życia za rogi, które niekiedy kończy się walką i to niekoniecznie jest dobre, ale staram się żyć w poczuciu, żeby nie stracić niczego. Jeśli coś mnie jara to w to idę, niekoniecznie patrząc na to co powie na ten temat otoczenie. Zostałam wychowana w poczuciu, że mogę żyć jak chce, oczywiście z szacunkiem dla otoczenia, że jeśli czegoś bardzo chcę to znajdę swoją drogę do tego, nawet jeśli efekt końcowy będzie ciut inny niż założyłam to jednak zawsze dopinam swego. Niezwykle rzadko się czegoś boję na tyle by tego nie robić. Raczej jak już to u mnie przemawia standardowe lenistwo;) Jednej rzeczy, której się w życiu boję to tego że coś mi się nie przytrafi, że coś fajnego mnie ominie, że nie zdążę czegoś przeżyć. Im jestem starsza, tym czesciej o tym mysle.

    1. Jerzy Wilman

      12 lutego 2018 at 12:56

      Pewnie jesteś jeszcze bardzo młoda:-) Podoba mi się Twoja postawa, tak trzymaj. Tylko nie lataj jak czołg po innych 🙂 Ja jestem już w tym wieku, że boję się odwrotnie jak Ty – że coś mi się przytrafi i nie zapanuję nad tym. Ale przecież nie ma takich samych postaci i charakterów. To jak DNA – szanse że trafisz statystycznie zerowe. Pozdrawiam Jerzy Wilman

      1. Śpiąca królewna

        12 lutego 2018 at 14:05

        „Pewnie jesteś jeszcze bardzo młoda” ju mejk maj dej!;)

        1. Jerzy Wilman

          12 lutego 2018 at 17:14

          Maj pleżer. It mins aj łoznt rajt?

    2. Dziewczyna z agencji

      12 lutego 2018 at 16:47

      We wszystkim wskazana jest równowaga. Jak to w życiu 🙂 Jak jest równowaga to jest dobrze 🙂

      1. Jerzy Wilman

        12 lutego 2018 at 17:12

        Nie do końca się z Tobą zgadzam. Tak z przymrużeniem oka – dla mnie czasami brak równowagi, a następuje to gdzieś po około trzeciej setce, JEST wskazany. W końcu czasami traci się równowagę celowo. Dla przyjemności. Co prawda ta przyjemność się kończy i pozostaje kac. Ale za to wspomnienia… Jeśli się zachowają… Wow!!!

        1. Dziewczyna z agencji

          12 lutego 2018 at 17:59

          To też prawda… 🙂 ale jednak ani zbytnio wychodzenie ze strefy komfortu ani nadmierne w niej siedzenie nie jest wg mnie dobre 🙂

  6. Dorota

    11 lutego 2018 at 10:17

    Świetny tekst 🙂 Ja wiecznie wychodzę ze swojej strefy komfortu, teraz chyba to już jest dla mnie naturalne 🙂 Satysfakcja z efektów murowana

    1. Dziewczyna z agencji

      11 lutego 2018 at 10:21

      Ja czasami jeszcze zostaję w ciepłym kurwidołku 🙂 Migam się przed światem, ale pracuję nad tym 🙂

  7. Jerzy Wilman

    11 lutego 2018 at 01:35

    U mnie decyzja o założeniu bloga zapadła w 2013. Na Onecie. A że pisałem jak wariat, to do teraz udało mi się zgromadzić 2,6 miliona odsłon. No i gdzieś w listopadzie Onet oznajmił, że zamyka blog.pl. Co zrobiłem najpierw? Przeniosłem nazwę na inny serwer. Potem strzeliłem się w łysinę. Nazwa która kiedyś wydawała mi się żartem (kojarzy się ze sklepami Media Marktu) dzisiaj stała się pretensjonalna i głupia. Więc założyłem stronę o jak najprostszej nazwie: http://inn.media.pl. Jak piszesz, zmiana jest konieczna. I to była moja dobra zmiana 🙂 – od trzech miesięcy mozolnie odbudowuję markę już jako Inn. (ang – gospoda, karczma :-)) Nie da się tego zrobić nawet w rok, ale frajda niesamowita. Pozdrawiam serdecznie Jerzy Wilman

    1. Dziewczyna z agencji

      11 lutego 2018 at 10:22

      Powodzenia w odbudowywaniu marki! Świetnie Ci idzie 🙂

Dodaj komentarz

PHP Code Snippets Powered By : XYZScripts.com